PODZIEL SIĘ
Na szlaku

Choć Święta Dolina jest dziś zdeptana przez masową turystykę, to doskonale pamięta ona czasy Królestwa Tawantinsuyu. Inkascy „podróżnicy” przemierzali wówczas setki mil po kamiennych schodach, które do dziś zachowały swój oryginalny charakter i choć widać na nich ślad upływającego czasu, to do dziś służą one masie wędrowców w podróży do Machu Picchu. Szlak Inca Trail wiedzie przez malownicze andyjskie krajobrazy, które na podróżujących robią niesamowite wrażenie. Kamienne schody wijące się od podnóża do szczytów gór, pośród bujnej, górskiej roślinności stawiają przed turystami duże wyzwanie. Potrzeba sporo wysiłku, żeby przejść 45 kilometrowy odcinek, na którym strome podejścia i zejścia fundują niemały ból mięśni.

My swoją czterodniową wędrówkę rozpoczynamy z przewodnikiem. Camino de Inca staje się obecnie najpopularniejszym kierunkiem w Peru, w związku z tym, żeby móc wziąć udział w trekingu do Machu Picchu konieczna jest wcześniejsza rezerwacja. Na szlak każdego dnia może wejść ograniczona liczba osób i to koniecznie z wykwalifikowanym przewodnikiem. Koszt trekingu wynosi około 400 dolarów za osobę i pokrywa przewodnika, campingu, czterech tragarzy i wyżywienia.

O świcie spakowani tylko w najpotrzebniejsze rzeczy wyjeżdżamy busem z Cuzco do Wayllabamba. Na miejscu obserwujemy innych uczestników wyprawy i zauważamy, że tylko my nie mamy kijków. Nie zastanawiając się zbyt długo, wchodzimy do najbliższego sklepu i kupujemy dwa komplety. Jak się potem okazuje, była to słuszna decyzja. Trudno byłoby pokonać tak trudną trasę bez podpierania się kijkami.

Nasza ekipa liczy 10 osób: My czyli Grzegorz i Beti, Ania i Radek, francuska wolontariuszka, przewodnik Jean i czterech tragarzy, a wśród nich znakomity kucharz Santos, który przy każdym postoju zaskakuje nas obfitością i smakiem potraw, które przyrządza tak szybko i zwinnie, jakby za nami szli najlepsi kucharze w całym Peru. Myślę, że Santos z powodzeniem mógłby otworzyć restaurację peruwiańską w którymś z miast Europy.

Pierwszy dzień wędrówki mija nam całkiem przyjemnie. Choć palące Słońce towarzyszy nam przez większość dnia, to udaje nam się chronić głowy i szyję kapeluszami i apaszkami. Podejścia póki co nie są zbyt strome. Trzeba jednak uważnie patrzeć pod nogi, bo o wystające kamienie łatwo jest się potknąć. Niefortunnie by było już pierwszego dnia nabawić się jakiejś kontuzji. Pierwszy odcinek Camino Inca wije się wzdłuż szumiącej Urubamby. Przed nami rozpościera się widok na andyjskie szczyty. Delikatnie pniemy się do góry, co raz popijając kolejny łyk wody. Nasz przewodnik przestrzega nas przed odwodnieniem. Trochę zmęczeni, po kilku godzinach docieramy do pierwszego campingu, gdzie po raz ostatni na trasie możemy skorzystać z prysznica w gospodarskiej zagrodzie obok zwierząt. Wieczór upływa nam na popijaniu zimnego peruwiańskiego piwa, rozmowach przy prażonej kukurydzy i pysznej kolacji. Zupa z qinuy nigdzie nie smakuje tak dobrze jak na szlaku do Machu Picchu.

Drugi dzień rozpoczyna się ostrym podejściem po kamiennych schodach. Już pierwsza godzina daje nam nieźle w kość a to dopiero początek. Przed nami Przełęcz Martwej Kobiety, podobno najtrudniejszy odcinek trekingu. Z podziwem zerkam na naszych tragarzy, którzy z kilkudziesięciokilogramowym ekwipunkiem (my mamy około 8 kg) mkną szybko przed nami w zwykłych sandałach. Powietrze staje się ciężkie, wilgotne. Przemierzamy teraz trasę wiodącą przez bujną roślinność, która nieco chroni nas przed promieniami Słońca. W końcu docieramy do podnóża Przełęczy. Patrzę przed siebie i myślę „Nie dam rady”. Nogi powoli odmawiają posłuszeństwa a płuca oddechu. Grześ jednak ciągle mnie motywuje. Schody są teraz odsłonięte na Słońce. Widzę przed sobą kilkanaście osób, które z równie ciężkim oddechem jak mój walczą ze sobą o każdy krok. W końcu docieramy do Przełęczy i robimy krótki postój. Widok, który się przed nami rozpościera rekompensuje nam cały wysiłek. Dookoła wyrastają szczyty gór muśnięte promieniami Słońca. Teraz tylko strome zejście do campingu. Już czujemy inny ból mięśni. Docieramy z Grzesiem do punktu jako pierwsi. Dzisiaj myjemy się w górskim strumyku. Woda jest zimna. Przebrani w dresy pijemy ostatnią puszkę piwa, czekając na pyszną kolację Santosa. Dzisiaj obowiązkowo prażona kukurydza z herbatą z koki i nadziewany ziemniak. Pychota.

Trzeci dzień jak zwykle rozpoczynamy od śniadania. Trudność odcinka jest porównywalna do tego z poprzedniego dnia. Mkniemy krętymi ścieżkami pokrytymi egzotycznymi roślinami. Dzisiaj wędrowcy z lękiem wysokości mają szkołę życia, ścieżka wije się do góry przy stromych zboczach. Gdzieniegdzie jest tak wąska, że jeden nieuważny krok w bok, a można zatopić się w beskresne przepaście. Takich miejsc jest jednak niewiele. Nie oznacza to jednak, że można iść spokojnie i bez większej uwagi. W dalszym ciągu obowiązuje nas spokojny rytm i ostrożność w stawianiu kolejnych kroków. Na trasie mijamy wyrastające zza zboczy gór ruiny inkaskich budowli, mających już około 500 lat. Nieopodal pasą się lamy, mijamy też rdzennych mieszkańców And. Słońce nadal daje nam się we znaki, coraz bardziej zmęczeni trafiamy do ostatniego punktu. Camping usytuowany na szczycie jest odsłonięty na wiatr. Dzisiejsza noc będzie zimna. Przewodnik wcześniej uprzedził nas, żeby ostatniej nocy ubrać na siebie wszytko, co się ma w plecaku. Tak też robimy. Przed kolacją szukamy zacisznego miejsca i siadamy na skale, zatapiając się w widoki, które na zawsze chcielibyśmy wziąć ze sobą. Na dole dostrzegamy Aqua Calientes. Teraz już wiemy, że Machu Picchu czeka gdzieś nieopodal.

Czwarty dzień rozpoczynamy o 4 rano. Na niebie jeszcze ciemno, więc na głowach mamy czołówki. Jean jak zawsze z przodu nadaje tempa wędrówce i wyznacza nam drogę. Kamienny bruk porośnięty jest bujną roślinnością. Wzdłuż ścieżki rosną drzewa a ich konary gdzieniegdzie opadają nam na głowy. Cały czas trzeba się schylać. Dzisiejsza trasa przypomina trochę kolejkę górską, raz z górki, raz pod górkę. Trzy dni trekingu po kamiennych schodach odznacza ślad w mięśniach całego ciała, mimo to ja razem z Grzesiem dostajemy magicznego kopniaka, który dodaje nam sił. Po ostatniej przerwie z grupą wyrywamy do przodu. Tempo mamy duże, zostawiając kolegów daleko za sobą. Nie wiem skąd tak nagle wzięła się w nas ta energia, ale się opłaciło. Wyczerpani dotarliśmy w końcu do Inti Punku, przebierając już ledwie nogami. Ostatnie strome podejście i jest nasze Machu Picchu, sprytnie schowane w górskich zaroślach. Radość zwieńczenia marzeń jest nie do opisania i choć docieramy na miejsce w obecności jeszcze kilku osób, to przez następne kilkadziesiąt minut jesteśmy zupełnie sami i przytuleni do siebie wypatrujemy ruiny miasta, które czeka na nasze odwiedziny. Nie udało nam się zobaczyć Machu Picchu na tle wschodzącego Słońca, co było naszym wcześniejszym zamiarem, ale mimo to wrażenie jakie pozostawił w nas widok wyjawiającego się powoli miasta na zawsze zostanie nam w pamięci.

Treking kończymy zwiedzaniem ruin Machu Picchu i gorącą kąpielą w źródłach Aqua Calientes, która daje ukojenie naszemu ciału. Przeszkolonym pociągiem wracamy do Cuzco. Ehh, co to była za przygoda…

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTrening na rowerze
Następny artykułStyl skandynawski w domu – jak urządzić mieszkanie?
Od wielu lat zajmuję się tematyką biznesu oraz mody. Każdego dnia staram się dzielić swoimi doświadczeniami z czytelnikami wielu serwisów Internetowych. Prywatnie pasjonatka fotografii oraz łucznictwa.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ